czwartek, 10 lutego 2011

Kolejny spalony most...

Piąta rano. Leży w łóżku. Leży i myśli. Próbuje wyrzucić wspomnienia z głowy. Nijak jej to nie idzie.
- My kobiety to jesteśmy jednak żałosne. Ja jestem żałosna. Nic nie było, a historia sama się tworzy. Niczym w "Niekończącej się historii" na nowo piszę ścieżki, którymi kroczą moi bohaterowie. 
Leży i myśli. Myśli i leży. Słowa same się układają. Obrazy same napierają na powieki. Wstaje. Chodzi po pokoju. W te i we wte. Wte i we wte. Od balkonu do drzwi wejściowych. W te i we wte.
- Kurwa! Raz się żyje! 
Bierze telefon i pisze:
- Wyjdź mi z głowy ... 
OK.
- Czy wysłać wiadomość? 
OK.
- Poszło. Co za ulga. To teraz lulu i spać. 
Nie spodziewa się odpowiedzi. Dał jej jasno do zrozumienia, że nie jest zainteresowany. Przykłada głowę do poduszki, powieki z cichym "uff" opadają na miejsce, które powinny już dawno zająć. Nagle bzzzzzz bzzzzz.
- Odpisał? Niemożliwe! Odpisał!  
- "Bla bla bla, ble ble ble, idę spać dalej.."
- Że co?! Że jak?! 
I zrobiła to. Odpisała. Spaliła za sobą kolejny most...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz